piątek, 17 lipca 2009

daj nam ciszy czarny staw

Wczoraj w mieście Ch. duuużo słońca (jak chyba wszędzie w Polsce), ale w największym miejskim parku jaki znam na środku głównego deptaka wyrosła oooogromna kałuża-jezioro-staw (bo nawet trawa w nim wyglądała jak podmokłe zarośla, którym od zawsze spasował ten klimat)...Urzekająco beztroska kałuża nie miała sobie za złe, że jest tak rozległa, że nie można jej było obejść dookoła... ktokolwiek chciał wejść do parku (czy to staruszek o lasce, czy matka z wózkiem, czy roześmiane stadko koleżanek, czy nawet wybrana na pierwszą schadzkę po parku para), wszyscy byli zmuszeni do zdjęcia butów i przebrnięcia po łydki w stojącej wodzie...

Oj, boskie uczucie...już tak dawno w środku miasta nie szłam na bosaka, i to zupełnie bezkarnie, bo nikt się nie oglądał ze zdziwieniem ( z wiadomych przyczyn) skąd się urwałam...I to uczucie przywołało na myśl zupełnie odległe skojarzenie....przypomniał mi się motyw pawilonu herbacianego z symbolicznym zdjęciem butów u progu, oznaczających zrównanie się wszystkich obecnych. Człowiek bez butów jest nagi, jest całym sobą. Już wiem dlaczego w kulturze Wschodu tak ważny element zajmuje ściąganie obuwia w domu-jesteśmy na łasce gospodarza, oddajemy mu się w opiekę, rezygnujemy z aspiracji i tytułów na rzecz zjednoczenia i więzi.

Więc życzę sobie i wszystkim pozostałym, jak najczęstszych parkowych kałuży, i w sercu też każdemu się przyda taki staw normalności, do którego trzeba wejść boso.

wtorek, 7 lipca 2009

to co stracisz, odzyskasz na nowo

Znowu myśli uporczywie powracające, czynią ze mnie swego niewolnika...Obrałam sobie cel, by pozostać wolną od wszelkich nieracjonalizmów życiowych, ale walczyć jest z tym trudno posiadając tak melancholijną osobowość;) Wolność, to cel najwyższy naszej dojrzałości, wolność od nacisku otoczenia, wolność od konwenansów, schematów...Nie - sztandarowa, rewolucyjna, anarchistyczna...Taka wolność w rezerwie dla siebie samego, by w natłoku życia pozwolić sobie na życie w swoim tempie, na bycie...sobą. Także wolność od błędów, które przynoszą cierpienie nam i otoczeniu. Znowu mój nieracjonalny umysł pędzi do czegoś co boli, co jest bezsensowne, nie ma żadnego prawa istnienia, a jednak powraca, drąży, buntuje do czynienia głupot;)

Coś zupełnie nie na temat, ale na czasie z racji Open'er Festival - 02.07.2009, Gdynia.

środa, 1 lipca 2009

Polowanie na ślimaki

Kilka słów o ostatniej wyprawie na łąkę...500 m od domu;D Krótki zapis fotograficzny. Ślimak na szczęście przeżył, my też mimo uprawiania sportów ekstremalnych dozwolonych do 18 roku życia. Łąka przyjęła nas gościnnie tysiącem koniczyn i stokrotek. Czereśnie nieuprzejmie zielone, nie pomne o jabłonkach;)

wtorek, 23 czerwca 2009

czytanie z pamięci

Czytam Bunuela "Moje ostatnie tchnienie"- doskonale się czyta, ale i zmusza do refleksji..."Życie bez pamięci nie byłoby życiem, podobnie jak inteligencja bez możności wysławiania się nie byłaby inteligencją"...

Tak, tak...mam problemy z pamięcią-nie pamiętam co robiłam 10 min. temu, o czym myślałam, kogo spotkałam...to przerażające-tyle wspaniałych rzeczy, które przeżyłam, tyle nazwisk i imion ludzi, których już nie pamiętam, zjedzone przez głębokie odchłanie mojego umysłu...

Co się z tym wszystkim dzieje?Gdzie to wszystko trafia? Do czyjej "czarnej dziury"? W takich momentach przypominają mi się historie ludzi, którzy pod wpływem hipnozy, czy wprowadzenia w stan snu potrafią posługiwać się językami starożytnych dialektów...Czy istnieje zatem jakaś pamięć zbiorowa?Umysł ludzki jest zadziwiający...

Przy okazji gorąco polecam książkę Bunuela, która ma charakter czysto autobiograficzny, opowiada o jego dzieciństwie w Hiszpanii, początkach przygody z filmem, o studenckich przyjaźniach m. in. Salvadorem Dali...Doskonale obrazuje świat artystycznych poszukiwań i inspiracji nurtu Awangardy (ultraistów) w Paryżu, poznajemy znanych artystów: pisarzy, aktorów, reżyserów, malarzy...wchodzimy w sam środek magicznego świata, uczestniczymy w zwariowanych gagach i proklamacjach sztuki, poznajemy przywary najsławniejszych ludzi, ich słabości i nawyki.

Louis Bunuel oprowadza nas po ulubionych barach Barcelony i Paryża, opowiada o ulubionych alkoholach, miłości do Ameryki, strachu przed lataniem samolotem i niezamierzonej emigracji do Meksyku. Przeprowadza obiektywną syntezę swego życia z perspektywy człowieka znajdującego się u schyłku życia, analizuje swoje związki z ludźmi, najważniejsze wybory, prowadzi dialog z Bogiem, w którego nie wierzy...Ta książka jest obrazem pasji życia... o której najlepiej świadczy końcowe zdanie książki, że gdyby miał wybierać, to chciałby zamiast śmierci dostać w prezencie drugie życie.

Kawałek na dzisiaj, czyli coś drążącego mi pamięć...

środa, 10 czerwca 2009

taniec radości

Może dzisiaj zarzucę motyw filmowo-muzyczny z jednego z najukochańszych moich filmów-"Mąż fryzjerki" z genialną kreacją Jeana Rochefort'a i Anny Galieny. Cudowna scena tańca, która za każdym razem przyprawia mnie o dreszcze. Uwielbiam francuskie kino, bo jest dotykalne, bliskie, intymne, pełne zmysłowości, i nie traci nic na swojej prawdziwości...Film niezwykły, gorąco polecam:)

wtorek, 9 czerwca 2009

ciało

Ten kawałek chodził za mną już od kilku dni, szukałam wszędzie i nie mogłam znaleźć...ale czego nie ma w Google, tego nie ma wcale;) Human-Polski, zupełnie bym nie wpadła, że taki ma tytuł ten utwór...(śmieszne są teledyski z lat '80-tych, ale głosu temu panu nie można odmówić...może z twarzy Piotrek Kupicha to to nie jest, ale za to głos i wygląd prawdziwego rockandrollowca nadrabia wszystko;)
...Dawno, dawno temu w moim pokoiku, kiedy jedyna muzyka jaka się dostawała do mojego ucha wydobywała się z radio-magnetofonu "Viola", nagrałam kilka składanek z utworami polskich kapel, ale za pioruna nie powiem co to były za kapele...dzisiaj dzięki "epoce Youtube" mogę wszystko odnaleźć na nowo, i w końcu nazwać rzeczy po imieniu;) Do tego jeszcze jeden kawałek, który też znalazł się w repertuarze grupy Human...

piątek, 5 czerwca 2009

pani pachnie jak tuberozy...

No tak, dzisiaj jest dzień wędrowania...wiatr ciągnie mnie za włosy, ulica po ulicy, ręce w kieszeniach zaciskam z zimna...ulica w ulicę się zmienia, na zakręcie na kogoś wpadam, z siatami w autobusie trzymam pion...mimo kobiet nieczułych, kobiet wytresowanych asertywnie na ludzką niedolę ("pani trzyma tę torebkę do siebie"), muszę wybaczyć, muszę się uśmiechnąć z nonszalancją i włączyć głośniej: "...a ja lubię zapach narkozy, a najbardziej, gdy jest kobieca..." Grechuta:)

czwartek, 4 czerwca 2009

telefony w mojej głowie...

Z racji tego, że zajęcie jakie ostatnio wykonuję (bardzo uciążliwe dla wszystkich odbierających telefony w domu, i w pracy...) a mianowicie sondażowanie potencjalnych respondentów którzy się akurat nawiną pod telefon ("Przeprowadzamy krótki sondaż...-Nikt mnie nie będzie sondował proszę pani!..."), w dniu dzisiejszym udało mi się przeprowadzić rozmowy w takich miejscowościach jak: Pałecznica, Prymuski Wielkie, Tarło-Kolonia, Skrzynka, Poganice...oj nie spamiętałam wszystkich egzotycznych nazw naszego pięknego kraju, i serdecznie przepraszam jeśli kogoś uraziłam wystawiając na poŚmieWisko jego rodziną miejscowość...nie mogłam się opanować:) i aż żałuję, że nie mam automatycznego wglądu do mapy, bo bardzo bym chciała się dowiedzieć w jakich regionach Polski mogłabym się na nie natknąć:)

a takie retro telefony można znaleźć: w crazyshop.

Muzyka na dziś...zgodnie z pogodą za oknem proponuję podwórkową bossanovę w tradycyjnych okolicznościach przyrody:)

sobota, 16 maja 2009

taniec z cieniem

Nie jestem nekrofilką, ani też turpistką...być może wszystkie filmy, które ostatnio powstają są o śmierci...i tak zupełnie przypadkiem trafiłam na "Hanami-kwiat wiśni"...zapowiadał się niewinnie, a tu znowu choroba, znowu śmierć. Tym razem o spełnionych marzeniach, i poszukiwaniu drugiego człowieka w sobie, we własnych wspomnieniach...do tego przepiękna muzyka, piękne obrazy i taniec butoh.

Butoh to współczesny taniec pochodzący z Kinjiki - zaprezentowany został na Festiwalu Tańca w Tokio w maju 1959 r. przez tancerza Tatsumi Hijikatę i jego partnera Kazuo Ohno. Termin butoh składa się z dwu ideogramów BU – taniec i TOH – krok i oznacza nadeptywanie całą stopą. Cały spektakl jest więc bardziej „chodzony” niż tańczony, częściej przypomina pradawny rytuniż taniec. Butoh jest dialogiem z postrzeganą jako skostniałą rodzimą tradycją teatru japońskiego i protestem przeciwko zalewaniu Japonii przez zamerykanizowaną kulturę masową.

Nazywany "Ankoku butoh" - tańcem ciemności, odwołuje się do starych wierzeń,obrzędów i ludowej estetyki brzydoty (chociaż inspiracją były także ekspresjonizm i koncepcja teatru okrucieństwa Antonin'a Artaud'a), sam w sobie jest świętem i rytuałem wyzwalającym
wewnętrzną energię i eksplorującym mroki podświadomości. Z premedytacją ukazuje zakazane dotąd obszary życia. . Jest także poszukiwaniem nowej, indywidualnej drogi, własnego sposobu wyrazu wolnego od jakichkolwiek wpływów ze świata zewnętrznego, to dążenie do stanu „totalnej obecności” we wszechświecie. W butoh nie chodzi o opowiadanie jakiejś fabuły ale o znalezienie relacji ze sobą, ze światem, o przekaz emocji. Istotą tej drogi jest ciało, przez poznanie jego tajemnicy dociera się do poznania wartości życia i tajemnicy śmierci.


źródło: tutaj więcej o tańcu butoh.

czwartek, 14 maja 2009

"chcemy cudu, chcemy kochać"

Męska część rodziny Waglewskich stworzyła bardzo fajny album "Męska muzyka", i dzięki jednemu z kawałków na tej płycie (pt. "Majty") posiadam tytuł nowego posta:) Jest to niezwykle radosny utwór dlatego puszczam go na okrągło: przed pracą, po pracy, w przerwach, przed snem, i po przebudzeniu-muszę przesiąknąć tym post-modern-romantic popo-hip-hopem(?) :) Oto treści świdrujące lepsze samopoczucie:


Chcemy by tu wyrósł fioł, naprzód marsz-chcemy szoł,

chcemy cudów co wylecą z szafki.
Po pracowitym całym dniu, chcemy najprawdziwszy cud,
chcemy ściągać barchanowe majty.


Chcemy cudu, chcemy kochać, chcemy cudu, chcemy kochać...

Piękna jesteś tak, że szok, chcę być piękny jak Dżud Loł,
chcemy z nieba kolorowe bańki.
Chcemy by pieniądze straciły w końcu sens, dzieci nasze uprawiały czary.

Ściągać spodnie, ściągać majty, ściągać buty, ściągać rajty,

aby życie miało jakiś sens.
Nie chcemy się bez sensu snuć , niech sen w końcu zwali z nóg,
chcemy w kosmos lecieć jak Gagarin.

Chcemy cudu, chcemy kochać, chcemy cudu, chcemy kochać...
""


Uwielbiam radosną nutę w stylu Kawałek Kulki, Muzyki Końca Lata, Pustki...Tak więc dołączam dwie fotki Karotki i Wakacji na miły początek dnia:)

wtorek, 12 maja 2009

wiolonczelista ciszy

Obejrzałam japoński film "Departures" - znowu śmierć w innym wymiarze...Daigo Kobayashi zdolny młody wiolonczelista po rozwiązaniu orkiestry poszukuje nowej pracy...Odpowiada na ogłoszenie w gazecie, z myślą, że dotyczy ono branży turystycznej, ale dowiaduje się, że ogłaszająca się firma zajmuje się pochówkami. Mimo początkowych oporów i przerażenia, powoli przekonuje się do wartości swojej nowej posady, zostaje tzw. "nokanshi" (osobą, która składa ciało zmarłego do trumny). Niestety żona i najbliżsi znajomi nie potrafią zaakceptować jego nowego zawodu...

Niezwykły film, pełen spokoju i ciepła, pokazuje szacunek do człowieka po śmierci, jego ciała, jako symbolu człowieczeństwa. Nie odziera tej cielesności z ducha, mimo, że to właśnie wydaje nam się w śmierci najbardziej przerażające. Nadaje ciału niezwykły wymiar, i pozwala spojrzeć na pochówek, jako ostatnie pożegnanie, jak na hołd oddany drugiemu człowiekowi. Gorąco polecam, film niezwykły...przy okazji kilka smaczków z kultury i obyczajów Japonii...

wtorek, 5 maja 2009

wieczność, kręci mi się w głowie

Pidżama Porno miała kiedyś taki utwór pt. "Wieczność";)Ale nie o tym chciałam dzisiaj...chciałam o tym, że w wieku 26 lat po raz pierwszy poczułam upływ czasu, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę ze swojej (i nie tylko swojej, ale i wszystkich wokół) - śmiertelności.

Temat śmierci nieświadomie przewija się we wszystkich przypadkowych momentach...czy to będzie obejrzany film, czy przeczytana książka, czy może zasłyszana historia...ale ostatnio mnie prześladuje myśl,że kiedyś umrę, co gorsza może to być jutro, za chwilę...umrzeć muszą przecież członkowie mojej rodziny. Mam obsesję śmierci nagłej, bez pożegnania, bez załatwienia wszystkich ważnych, lub odkładanych spraw, porzuconych, oszukanych przeze mnie osób...rozstań w gniewie, lub jeszcze gorszych rozstań przez zapomnienie...Przerażająca w śmierci jest też myśl o porzuconej przez ducha cielesności, martwocie ciała, które niby pusta kukła zastyga w nagłej pozie zaskoczenia.

Rozmawialiśmy z Ł. całkiem niedawno o swojej wierze i o tym w co wierzymy "po"...jak sobie to wszystko wyobrażamy i czego się boimy...I po raz pierwszy stwierdziłam ze zgrozą, że nie wierzę, że będę żyła po śmierci. Zawsze wieczność była pewna z racji mojej wiary, nie zastanawiała mnie zbytnio: wierzę, to będę zbawiona...co się będę zastanawiać nad czymś co mnie jeszcze nie dotyczy...O Krystyno, a może jednak okaże że dotyczy mnie już jutro?

Kolejna kwestia dotyczy autentyczności mojej wiary - zawsze byłam tolerancyjna wobec innych wyznań, twierdziłam,że można mieć swojego Boga, ale i tak w ostatecznym rozrachunku każdy, kto kieruje się zasadą dobra osiąga zbawienie w obrębie swojej wiary. I tu pojawia się pytanie: czym jest to zbawienie? czy może spokojem w umieraniu...spokojem, że wypełniło się wszystkie obowiązki narzucone przez własną wiarę?

W takim razie zastanawiam się, czy czasem własne sumienie nie jest jedynym strażnikiem wartości, który mówi nam o tym, co jest słuszne a co nie, i jest to może jedyny autentyczny strażnik naszych poczynań...Ale...istnieją przecież sumienia wypaczone, które nie rozróżniają dobra, ani zła, a co gorsza wartościują je odwrotnie...więc musi przecież istnieć jakiś kanon wartości obiektywnych poza naszymi sumieniami według, którego powinniśmy kształtować własne sumienia.

Można się tak rozwodzić przez godzinę...ale do czego mnie doprowadziły te rozważania? Do stwierdzenia, że nadal zbyt mało wiem o mojej wierze, i że może przyszedł czas, by się nad nią poważnie zastanowić.

poniedziałek, 4 maja 2009

autopsja, czyli jak mężczyzna widzi kobietę

Przeczytałam ostatnio książkę, przy której płakałam jak bóbr...To będzie moja kolejna pozycja do katalogu: "Niekoniecznie o mężczyźnie";) Co ciekawe, chyba po raz pierwszy przeczytałam książkę napisaną przez mężczyznę, która w sposób niezwykle prawdziwy rysuje psychikę kobiety.

Bohaterem książki jest Manfred, który mimo swojego żydowskiego pochodzenia i czasów w których się urodził (kilka lat przed II wojną światową) przez życie prześliznął się bez większych wysiłków...Czasy wojny przeżył w brytyjskiej armii walcząc w Afryce Północnej, po wojnie wraz z przyjacielem z wojska (który miał żyłkę do interesów) zajął się wykupem nieruchomości i wynajmowaniem lokali żydowskiej biedocie. Tu jako zarządca budynku poznaje swoją przyszłą żonę Emmę, byłą więźniarkę obozu Birkenau.

Jego miłość do tej kobiety na początku pełna wzruszeń, celebracji, podniosłych uczuć i zachwytu, w końcu staje się miłością egoistyczną, zawistną, gorzką miłością siebie samego...Doskonałe studium przemiany, która dokonuje się w człowieku niezauważalnie pod wpływem pychy...jak próżność potrafi wydrążyć w człowieku korytarz bezduszności i małostkowości, który znajduje alibi dla najbardziej odrażających odruchów i przemocy wobec drugiego człowieka.

Wspaniała książka o starości, o oczekiwaniu na śmierć, i na karę...

piątek, 6 marca 2009

mały traktat o wiośnie

ona już jest...:) trzy warunki świadczące o tym że wiosna już jest:

1. świergot - (i to nie bynajmniej sąsiad z końca ulicy), prawdziwy ptasi świergot usłyszałam wczoraj rano idąc do pracy.jak wiadomo świergot to nieodzowna część zadowolonego ptaka;D

2. zapach - poczułam, że wszystko dookoła odzyskało zapach. ziemia pachnie tą wiosenną radością, która pozwala wszystkiemu wzrastać, dławiącą wilgocią wchłoniętego deszczu, gliniastą powłoką, pod którą wiją się w oczekiwaniu wszystkie żywe pędraki świdrujące podziemne korytarze..

3. infekcja - warunek ostatecznie przesądzający...wiosenna infekcja mawiają przecież, osłabienie wiosenne, ostatnie stadium zimy, która rzuca się ku naszym gardłom, nosom...ostatnim aktem rozpaczy, by lekko przydusić naszą nadzieję na nastanie...WIOSNY!

środa, 4 marca 2009

blo-ścisk w żołądku

Przejrzałam kilka blogów na interi, nigdy wcześniej nie zaglądałam do czyjejś twórczości i stwierdzam, że mam dość. Już nie chcę nikogo straszyć moimi wynurzeniami na temat rozstań z byłymi facetami, lub kandydatami na facetów... i cierpień duchowych, przeszywających tęsknot, poderżniętych tatuowanych pęcinek, nieodwzajemnionych uczuć do facetów, którzy prawdopodobnie nie wiedzą co oznacza słowo: czucie.

właściwie ten blog powstał jako elektroniczna wersja pamiętnika, a że każdy ma zawsze coś z solipsysty, a lubi być często podziwiany przez innych, z nieśmiałą nadzieją, że ktoś uwielbi jego formę "bycia sobą" - to i owszem, lubię się czasem pierdołką pochwalić:D wynurzyć co-z-siebie na światło dzienne:) ale i oczywiście wyżyłować się z destrukcyjnych emocji - jak najbardziej!!! sama smuteczki wylałam nie raz, i nie małe - ale zawsze chciałam to zrobić dyskretnie, zawoalowanie..tak żeby trochę ulżyło, trochę opowiedzieć jakąś historię, ale żeby do końca nie było wiadomo o co chodzi.

bo pisać to jednak trzeba umieć... co trzeci blog zaczyna się od zdania "znowu kolejny dzień", lub "dawno nic nie napisałam" lub "znowu go widziałam, i umieram z tęsknoty, ale on udaje, że mnie nie zna choć przecież byliśmy ze sobą trzy tygodnie". Oczywiście, w papierowym pamiętniku 80% treści też nie nadaje się do publikacji, ale miejmy świadomość, że blog internetowy jest publikowany przez medium, które trafia do szerszej grupy odbiorców, pisanie bezsensownych zdań może tylko zniechęcić innych do życia a nie przysporzyć nam czytelników.

no cóż, mam dosyć już blogów o obieraniu ziemniaków i piciu herbaty. co drugiej osobie wydaje się, że etiuda życia codziennego w jej wykonaniu brzmi naprawdę ekscytująco, tymczasem zwykłe grafo-molenie zabija we mnie wewnętrzną harmonię jing i jang;D...pozytywnie nastroiły mnie za to niespodziewanie: blogi o zakładaniu własnego biznesu i realizacji pomysłów na życie...aż chce się coś ze sobą zrobić!!!!:D

oczywiście. nie umiem pisać i ja. ale krytykować umiem, i lubię:D Może masz dla mnie pracę?:D