piątek, 4 marca 2011

Wiosna, lato, jesień, zima...wiosna!

Mój kolejny ulubiony film -"Wiosna, lato, jesień, zima...wiosna" Ki-duk Kima jest magiczną opowieścią: alegorią, która poprzez zmienność pór roku, pokazuje etapy przemijania życia ludzkiego. Rozpoczyna tę opowieść wiosna, czas rośnięcia, budzenia się do życia, czas radości i nauki. Na tratwie na środku jeziora, w świątyni mieszka stary mnich buddyjski, opiekuje się on małym chłopcem - sierotą, pokazuje mu prawa rządzące światem, uczy dyscypliny i szacunku do wszystkich stworzeń. Wkrótce nastaje lato, chłopiec zaczyna dorastać, poznaje co to uczucie zakochania budzi się w nim bunt wobec wartości przekazanych przez mnicha...zaczyna poszukiwać własnej drogi i własnych prawd. Tak jak życie ludzkie, tak i przyroda wokół podlega pewnym etapom przemian - reżyser doskonale wyraził harmonię człowieka i przyrody, jak i proces destrukcji, niszczenia i umierania, któremu podlega każde żywe stworzenie. Ta historia jest jednocześnie przypowieścią, mówi o tym co w nas złe i niedoskonałe, pokazuje najtrudniejszą do zaakceptowania stronę człowieka, jego ułomność i skłonność do zła a nawet okrucieństwa.

źródło: www.filmweb.pl

sobota, 22 stycznia 2011

Długa i samotna podróż wokół księżyca...czyli wszyscy jesteśmy sputnikami.

Przed tą lekturą broniłam się kilka razy.. Przeczytałam na okładce krótką recenzje, która nie przekonała mnie do tego, by książka była warta szczególnej uwagi: historia zakochanej w starszej koleżance lesbijki wydała mi się dość banalna jak na Murakamiego...a jednak po przeczytaniu książki, muszę powiedzieć, że "Sputnik Sweetheart" to jedna z moich ulubionych pozycji tego pisarza.

Jest to przyjemna powieść, w porównaniu do niedawno skończonej przeze mnie "Kafki...". Dużo krótsza forma, mniej zawiła historia, ale przepełniona dużą ilością emocji. Murakami zagląda w kobiecą duszę i doskonale potrafi ją opisać...Może dlatego, że czuję się podobna do każdego z tych bohaterów... Może dlatego, że miłość Sumire jest tak naprawdę moją własną: dziecięcą, nieśmiałą i oddaną miłością? Miłością, jaką potrafią kochać tylko kobiety?

Historia miłosnego trójkąta: główny bohater jest zakochany w swojej przyjaciółce, mimo, że kocha ona inną kobietę, wierzy, że któregoś dnia wszystko się zmieni...Sumire marzy o tym, by zostać pisarką, rodzina wspiera ją w tych marzeniach, ona sama wie, że to jedyna rzecz której jest w życiu pewna. Wszystko się zmienia, gdy na weselu kuzynki poznaje kilkanaście lat od siebie starszą Miu.

Dziewczyna po raz pierwszy w życiu doznaje uczucia fascynacji i pożądania drugiej osoby. Miu czyni z niej przyjaciółkę i powierza jej najskrytsze tajemnice swojego życia. Ta największa tajemnica jednak ma być dla Sumire, najbardziej tragiczna? Jeżeli utraciliście w życiu coś bardzo cennego, ale marzycie, że kiedyś zostanie Wam to zwrócone - to ta książka jest dla Was...Gorąco polecam:)

Oto moje dwa ulubione fragmenty:
"Może w jakimś odległym miejscu przebywa wszystko to, co stracone. A przynajmniej istnieje taki cichy zakątek, gdzie odchodzą wszelkie zaginione rzeczy, nakładają się na siebie, tworząc jeden kształt. W miarę upływu lat odkrywamy skrawki utraconego życia, przyciągając do siebie cienkie nici, do których są przywiązane. Zamknąłem oczy i próbowałem przywołać w pamięci tyle pięknych, utraconych rzeczy, ile tylko potrafiłem. Przyciągałem je bliżej do siebie, wiedząc przez cały czas, że ich życie jest przemijające."


***

"A więc to tak wygląda nasze życie Nie ważne jak ogromna i straszna byłaby strata, jak ważna rzecz, którą nam skradziono - wyrwano wprost z rąk - nawet jeżeli nas to całkowicie zmieniło, jeżeli nas to całkowicie zmieniło, jeżeli pozostała z nas tylko wierzchnia warstwa skóry, nadal żyjemy tak samo - w milczeniu. Coraz bardziej zbliżamy się do kresu czasu, żegnamy z życiem, które zostaje w tyle za nami. Powtarzamy często dość pomysłowo, niekończące się codzienne czynności. Za nami jest już tylko uczucie niezmierzonej pustki."

czwartek, 13 stycznia 2011

Jak dorastał chłopiec o imieniu Kafka

Kolejna książka Murakamiego za mną. Zdziwiłam się, gdy zajrzałam w chronologię jego dorobku. Czytając "Kafkę nad morzem" ma się wrażenie jakby w tym samym czasie powstawał pomysł wyśnionego świata z "Koniec Świata i Hard-Boiled Wonderland"- tymczasem nie mogło tak być, ponieważ obie powieści dzieli 17 lat, i to "Koniec Świata.." był jego wcześniejszą powieścią:)

Jak określiłabym tę powieść? Dziwna. Najbardziej niezrozumiała z wszystkich jego powieści...Może dlatego, że jestem kobietą? Mój kolega był nią zachwycony.

Książka traktuje o dorastaniu,i chyba dotyczy ono wyłącznie mężczyzn. To inny rodzaj dojrzewania, niż ten o którym mogłabym pomyśleć...Stawanie się mężczyzną jest trudne, ale wydaje się, że proces ten przebiega tylko raz na zawsze, podczas, gdy kobieta swoją kobiecość odkrywa, i musi zaakceptować na nowo wielokrotnie.

Stawanie się mężczyzną wg Murakamiego to dojrzewanie do odpowiedzialności za siebie, dojrzewanie do akceptacji, ale też przyznanie się na głos do swoich lęków. Kim była postać pani Saeki w tej powieści? Czy była jakimś archetypem kobiecości (czegoś dojrzałego i skończonego), który dla dorastającego chłopca staje się czymś nieosiągalnym i boleśnie przypominającym o jego niemocy i fizycznej zależności?

Murakami wprowadza do powieści dwa główne elementy, które są zapożyczeniem z mitologii greckiej, mianowicie: "kompleks Edypa" oraz "fatum". Główny bohater boryka się z klątwą, która mówi, że zabije on ojca, i będzie współżył z matką, oraz siostrą. Jako 15-letni chłopiec ucieka więc z domu, żeby tej klątwy uniknąć. Jednak przepowiednia...musi się spełnić, nawet przez pośrednictwo innych osób.

Ciekawe jest także to, że po odkryciu siebie, sprawdzeniu granic swojej słabości, po pierwszych doświadczeniach seksualnych i określeniu siebie jako mężczyzny...bohater powraca znowu do domu, ponieważ "każdy musi wrócić tam gdzie jego korzenie". Jest to bardzo metaforyczne.

czwartek, 30 grudnia 2010

Głową w mur

Wiele razy zabierałam się do recenzji tego filmu, bo to jeden z moich ulubionych...
"Głową w mur" Fatiha Akina. Już pierwsza scena filmu, w której główny bohater próbuje popełnić samobójstwo rozbijając się samochodem o betonowy mur - jest bardzo sugestywna, ponieważ przez cały czas trwania filmu zdajemy sobie sprawę z samodestrukcyjnej osobowości bohaterów, którzy w jakiejś rozpaczy i bezsensowności życia próbują ocalić coś cennego, przez zatracenie się w życiu, próbują poczuć jego prawdziwy smak...nawet jeśli pozostawi po sobie gorycz. Smutek jest wpleciony w fabułę filmu i doskonale podkreśla go także rewelacyjna muzyka.

Cahit Tomruk jest czterdziestoparoletnim tureckim imigrantem mieszkającym w Niemczech, nierzadko topi swoje smutki w alkoholu, przesiadując w podrzędnych barach i wdając się w pijackie burdy. Sibel to dwudziestoparoletnia Turczynka, której rodzina także wyemigrowała do Niemiec, bohaterka za wszelką cenę próbuje wydostać się spod zależności od swojej tureckiej rodziny, która krytycznym okiem patrzy na jej wybryki. Spotykają się w szpitalu psychiatrycznym po nieudanych próbach samobójczych. Tam Sibel wpada na pomysł, by razem stworzyli fikcyjne małżeństwo, które uchroni ją od kontroli i konserwatyzmu rodzinnego - przedstawia tę propozycję Cahitowi...

W filmie pokazanych jest wiele skrajności, z jednej strony maska jaką nakłada na każdego rodzinna tradycja, obyczaje i wyznanie, jest tak samo fałszywa jak liberalizm nowoczesnego życia, gdzie brak zasad i barier również potrafi doprowadzić człowieka do tragedii. Jak pokazują dalsze losy bohaterów, żadna z tych postaw nie okazuje się trafiona.

Film ujmuje brakiem banalności, wspaniale i z poczuciem humoru opisana historia miłości między dwojgiem zagubionych w świecie ludzi...Doskonale zagrane role aktorskie (Sibel Kekilli i Birola Ünela), aż elektryzujące napięcie pomiędzy bohaterami, na długo zapada w pamięć. Doskonałe kino. Gorąco polecam!

Jeszcze mały smaczek z filmu...jedna z moich ulubionych motywów muzycznych:)

niedziela, 26 grudnia 2010

chorutka moja dusza

Święta chorutkie...traktuję je jako samooczyszczenie po całym roku. Całe dnie w łóżku, z Murakamim;) jak śpiewał Wojciech Waglewski:
"dziś niedziela - pierdole, się nie golę!"
Tak właśnie się dziś czuję. Chcę zapomnieć o wszystkim co poza mną. Zagłębić się w tu i teraz, w bezsensownych zajęciach, lub gapieniu się w sufit.

Nie ważne te święta, całe to bieganie. Ważne co we mnie, a we mnie wojna i spokój, siedzą obok siebie, i głaszczą się wzajemnie.

Troszkę przeleżę, troszkę się poszarpię z myślami, przeznaczonymi do eksmisji. Potem cisza. Murakami. Znowu jakieś wspomnienie przebiegnie przez głowę, jakiś detal. SZALEŃSTWO jest w nas.

Marcela Serrano w swojej cudnej książce " Antigua, moja miłość" pisała:
"W piekle nie ma już ani jednego diabła. Wszystkie schowały się w mojej głowie."

środa, 22 grudnia 2010

UWAGA: pożądanie!

Jako kobieta - jestem niedostatecznie wyrachowaną manipulantką. Potrafię zagrać we flirciane gierki, ale niestety nigdy nie zachowam dystansu do końca. Bo we flircie jest zawsze element zainteresowania i akceptacji, a dla kobiety, to już początek do zaistnienia prawdziwego uczucia...

Mężczyzna zaczyna tylko wtedy, gdy widzi szansę na osiągnięcie celu. Nigdy nie będzie zasłaniał się szczytnymi pobudkami...W tym wszystkim: mężczyzna, choć zdeterminowany do osiągnięcia celów, w jakiś sposób bezbronny w czytelności powodujących nim intencji...pozostaje ciągle ZWYCIĘSKO panem sytuacji, ponieważ jego przewaga polega na DYSTANSIE, którego nam kobietom, rzecz jasna brakuje!

Kiedy w grę wchodzą uczucia, gubimy się i plączemy we własnych zasadzkach, wyrafinowane potrafimy być tylko wtedy, kiedy przedmiot naszych rozgrywek pozostaję nam trochę obojętny;)Jest to wielka tajemnica kobiecej psyche. O ile mężczyzna nie potrafi udawać intencji, o tyle kobieta, nie będzie swych celów nigdy wyjawiać.

Moi drodzy mężczyźni, którzy jesteście nieszczęśliwie zakochani w kobiecie, która nie potrafi się zdecydować między miłością do dwóch mężczyzn...nie wierzcie jej! Może Was zwodzi...jeżeli chcecie być szczęśliwi, zapomnijcie o niej.

Za to możecie być prawie pewni, że większość kobiet boi się porażki i braku stabilizacji, więc nawet, gdy wierzą w swoje "niezwykłe" uczucia, nie zdecydują się na rewolucję!:(

I jeszcze jedno: zdecydowany mężczyzna potrafi zawojować każdą kobietę, wystarczy tylko wziąć jej los w swoje ręce, i pokazać, że z nim będzie zawsze BEZPIECZNA!:)

Grabaż potrafił o tym śpiewać..."Stąpamy we dwoje po niepewnym gruncie".

wtorek, 21 grudnia 2010

NAJ-bliższe spotkania

Haruki Murakami w "Kafce nad morzem" cytuje takie zdanie z Czechowa:
"Jeżeli w opowieści pojawi się strzelba, musi prędzej, czy później wystrzelić".

Cały czas poszukiwałam tego właśnie określenia dla intrygujących mnie zdarzeń, spotkań z ludźmi, które trudno zdefiniować...a które wciąż absorbowały mnie swoją genezą.

W życiu każdego pojawia się moment, w którym zastanawia się nad sensem doświadczanych okoliczności. Wiemy, że wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej, gdybyśmy byli innymi ludźmi, w innym miejscu, posiadali inne priorytety i inne fobie...

Nurtowały mnie szczególnie niewyjaśnione spotkania z ludźmi, którzy gdzieś wcześniej istnieli w moim życiu niezauważeni, albo tylko przebijali się w mojej podświadomości pod stemplem nazwiska, imienia, zajęcia...

...do czasu, kiedy nagle moje drogi, i ich drogi skrzyżowały się, jak po otwarciu jakiegoś tajemniczego przejścia, korytarza, zapory...a ich obecność okazywała się wówczas mi niezbędna do oddychania.

Nie potrafiłam określić dla nich kategorii przyczynowości: czy spotkania te były dziełem przypadku, czy może przeznaczenia...nie dało się tego nazwać w żaden dostępny mi sposób.

W końcu Murakami podsunął mi tę odpowiedź: KONIECZNOŚĆ. Jest to pojęcie niezależnie od logiki, moralności, czy znaczenia...To, co musi odegrać jakąś rolę, musi też zaistnieć w czasie...

Ludzie pojawiają się, wywołują skutek, i znikają...my jednak doszukujemy się w tym znaczenia, choć może dla nas, poszczególnych jednostek - takie znaczenie nie istnieje...

Żeby pozostać w temacie niezwykłych spotkań...jeden z moich ulubionych utworów Grzegorza Ciechowskiego "Raz na milion".

niedziela, 19 grudnia 2010

dylematy na koniec czasu

Za 2 tygodnie , rozpoczynamy nowy rok...Podsumowując? Dwa lata temu, gdy pracowałam jeszcze w dziwnym miejscu, którego już nie ma - przypadkowo przed świętami spotkałam astrologa: kupował słodycze dla swojej żony...

W luźnej rozmowie przepowiedział mi, że rok 2008 zmieni wiele w moim życiu, potem będzie 2009, który będzie rokiem przejściowej stabilizacji, a w 2010 będę się bardzo szybko pięła w górę po szczeblach zawodowej kariery i osiągnę bardzo wiele, ponieważ będzie to rok Słońca, a moim opiekunem astrologicznym jest właśnie słońce...:)

Miłe to były przepowiednie, ale powiem szczerze, że w ciągu tych dwóch lat naprawdę wiele się w moim życiu zawodowym zmieniło...w końcu robię to co lubię...może nie jest to jeszcze kres moich twórczych i zawodowych możliwości, ale miałam sporą szansę rozwoju, jaka się dotąd nie zdarzyła w ciągu tak krótkiego okresu czasu:)

Jak się ułożyły przez ten czas relacje z innymi ludźmi? Dużo by opowiadać... Rozluźniło się wiele przyjaźni: z powodu odległości i pewnie przebytych zdarzeń, które nie były wspólne. Czy przyszli nowi? Zasadniczo ciężko znaleźć ludzi szczerych i tolerancyjnych, skromnych i pogodnych, którzy nie ścigają się za dobrobytem i nie pozują manierą...Brakuje mi dobrych ludzi. Coraz mniej ich wokół mnie:(Może jestem zbyt wymagająca...:(

Jaki będzie ten 2011? Chciałabym znowu spotkać Wróżkę albo Wróżka, który pomoże mi podjąć najważniejsze decyzje w moim życiu przed jakimi teraz stoję;)Iść do przodu, czy może warto zrobić dwa kroki w tył, by osiągnąć lepszy rozwój?

czwartek, 16 grudnia 2010

SENNOŚĆ...itp rodzaje śmierci.

15 grudnia - 28 urodziny, jak ja nienawidzę tego dnia!Zawsze jest jakiś złowieszczy...katastrofa wisi w powietrzu!Staram się o tym nie myśleć. Parę razy jestem bliska płaczu. Jakoś się skończył ten dzień. Ale mam wrażenie, że jeszcze nie wszystko na ten temat...

Dziś budzę się jak z koszmaru. Wszystko jasne, umyję okna przed świętami, bo wyszło słońce...Woda zamarza na szybach, za cholerę nie da się tego zdrapać! Myślę często o tym, że śmierć nie zawsze jest wybawieniem, i jeszcze bardziej przeraża mnie ta urojona rzeczywistość wokół mnie.

Po co to Wszystko? Najgorsze, że nie wygląda TO tak pięknie jak bym chciała...wcale nie umieramy po przeżyciu wszystkiego co najlepsze...czasami śmierć jest bezsensowna i niepotrzebna...Czy ktoś to w ogóle zauważy?

Głupia choroba. przecież nikt nie robi tego specjalnie, żeby się nie przebadać...Większość ludzi nie lubi chodzić do lekarzy, i wymyślać sobie nowych chorób. Zawsze coś dolega, a jak dolega trochę więcej, to już zdążyliśmy się przecież przyzwyczaić, że boli.
Nie ma sensu myśleć o śmierci za życia..? A potem się budzimy z ręką w nocniku..lub się nie budzimy wcale.

Hedonizm - jest ok?...Ale co mamy z tych kilku chwil zapomnienia, fajnych podróży, ubrań, gadżetów, na które sobie nie skąpimy? Totalny bezsens: I tak się zapadną w czarną dziurę zapomnienia, po nas. Pomagać innym? Może to coś daje...?

Bycie szczęśliwym. ZAWSZE. Nie robię niczego dla kogoś, tylko dla siebie! Gdzie będzie więc granica zdrowego egoizmu? Przecież uszczęśliwianie innych też nas rozwija, daje inną perspektywę patrzenia...

Te wszystkie teorie są bezsensowne. Czy ktoś jest naprawdę i do końca szczęśliwy na tym świecie? Chyba nie znam takiego.

Może zacząć od siebie, uszczęśliwić najpierw siebie, potem swoje otoczenie,potem świat...A potem się okaże, że w encyklopedii powszechnej, pod Twoim nazwiskiem znajdzie się opis: DYKTATOR. Śmiech...wszystko jest bezsensowne: od początku do końca. Nic nie jest normalne.

Pozostaję nadal zdziwiona życiem;P

czwartek, 9 grudnia 2010

wkraczając w pustkę

Nowy film Gaspara Noe "Wkraczając w pustkę" zaciekawia już samą postacią reżysera. Na jego kolejny film - po kontrowersyjnym "Nieodwracalnym" - z pewnością wielu widzów czekało...Sama siebie podziwiam, że udało mi się go obejrzeć go aż 3 razy - a na pewno nie należy do najprzyjemniejszych obrazów, bo przy każdym oglądaniu, towarzyszyło mi to nieustanne uczucie mdłości...

Z ciekawości, co tym razem zaproponuje reżyser: czy nadal będzie karmił nas mieszanką brutalności, seksu i narkotycznego haju? czy zaproponuje zupełnie inną technikę narracji?

Z jednej strony wciągnął mnie ten film, ze względu na mniejszy poziom agresji i większe skupienie na detalach, subtelniejszej artystycznie oprawie. Dużą rolę w budowaniu obrazu reżyser oddał sztuce operatorskiej: wiele ciekawych ujęć, najczęściej fabuła kręcona "z lotu ptaka", innym razem kamera staje się oczami bohatera. Z pewnością film ten jest spokojniejszy od poprzedniego...może bardziej banalny, ale lepiej dopracowany wizualnie: obrazy przejmują fabułę filmu, ponieważ główny bohater jest w ciągłym narkotycznym odurzeniu. Do tego dochodzą sceny seksualnych orgii nocnego klubu, w które zostaje uwikłana siostra bohatera.

Historia jest prosta: Oskar i Linda są kochającym się rodzeństwem, mają za sobą ciężkie dzieciństwo z traumatycznymi przeżyciami (śmierć rodziców w wypadku samochodowym, którego byli uczestnikami), oraz rozdzielenie po śmierci rodziców, w końcu także śmierć dziadków. Mimo tych trudnych przeżyć i oddalenia, towarzyszy im niesłabnąca więź, która nie pozwala im o sobie zapomnieć.

Kiedy Oskar wyjeżdża do Tokyo i dorabia się szybkich pieniędzy "na dilerce" narkotykami, natychmiast postanawia sprowadzić do siebie dorastającą siostrę, by w końcu mogli stać się prawdziwą rodziną. Jego plany jednak nie zostają do końca zrealizowane, ponieważ uzależnienie od nałogu narkotykowego, doprowadza go do przedwczesnej śmierci. Od tej pory jego duchowa energia jak w "Tybetańskiej Księdze Śmierci", będzie krążyć nad młodszą siostrą, której obiecał, że nigdy nie opuści...Po obejrzeniu połowy filmu, gdy zna się już wszystkich bohaterów, i wszystkie tajemnice są już rozwiązane...film zaczyna być nużący, i nawet artystyczne zabiegi - nie pomagają, by tę nudę przezwyciężyć. Moim zdaniem, gdyby film był krótszy o 40 min., niewiele by na tym ucierpiał, a może nawet zyskał więcej fanów. W pewnym momencie uchodzi z niego para..a to jest zabójcze dla oceny całego filmu, bo na pewno nie jest to najgorszy film jaki widziałam w życiu, ale po tych wszystkich "wydłużonych przejściach" powtarzanych bez opamiętania, widz zaczyna myśleć, żeby się to już wreszcie skończyło:( Polecam, ale tylko dla wytrwałych!;)

zmyślone miłości

Jak często po latach potrafimy z dystansem śmiać się ze swoich młodzieńczych miłości - z własnego psiego zaangażowania, wzrokowej celebracji najbardziej błahych gestów, roztrząsania w głowie: słowa po słowie, czyiś grymasów twarzy, ułożenia dłoni...a przede wszystkim doszukiwanie się w tym wszystkim: z n a c z e ń.

Chyba właśnie o tym jest ten film..."Wyśnione miłości" to historia dwójki przyjaciół: Francisa i Marie - którzy mimo łączącej ich dotychczas zażyłości ścierają się w milczącej walce o względy "neurotycznego Adonisa" - Nico. Przypadkowo poznany chłopak staje się dla obu obiektem fascynacji i nadziei na miłość, jednak stanowczo szkodzi ich dotychczasowej przyjaźni, która przemienia się w wyrafinowaną i bezwzględną rywalizację.

Historia być może banalna, ale składająca się głównie na gesty, spojrzenia, powłóczyste kadry... zupełnie, jak w życiu - oddech wstrzymany, gdy ukochany dotyka, patrzy, a poza jego obecnością - nicość, frustracja, tęsknota, apatia.

W całym filmie jest bardzo mało dialogów, najważniejsze rzeczy dzieją się poza słowami, ale jeżeli już słowa się pojawią - są naprawdę miażdżące w swojej dosadności:) Moim zdaniem rewelacyjna scena kluczowa "zemsty" na obiekcie westchnień, powoduje, że naprawdę mogę polecić ten film, chociażby dla tej sceny!

Jeśli chodzi o nastrój filmu, to pozostaje on w klimacie "Marzycieli" Bertolucciego: trójka przyjaciół, a pomiędzy nimi jakaś nieokreślona gra. Dużym atutem filmu jest fakt, że w pewnym momencie punkt ciężkości akcji z przydusznego patosu przenosi się na elementy komiczne odmitologizowujące całą sytuację miłosnego zauroczenia.

Warto też zwrócić uwagę na postać grającą głównego bohatera Francisa (Xavier Dolan), który mimo niezwykle młodego wieku ma na swoim koncie reżyserię drugiego już filmu, jest producentem "Wyśnionych miłości", autorem dialogów oraz projektantem kostiumów i scenografii.

wtorek, 7 grudnia 2010

i tylko sufit dzieli nas

Czytam kolejną pozycję Murakamiego, znawcom oczywiście znana: "Kafka nad morzem".
Podobno to książka o dojrzewaniu do bycia mężczyzną;)Nie powstrzymam sie od cytatu:

***
"To, co sobie wyobrażam, ma prawdopodobnie na tym świecie wielkie znaczenie".

***
"Pan Nakata rozluźnił się, wyłączył umysł i przeszedł w stan "przepływu prądu". Robił to niezwykle naturalnie dzień w dzień od dzieciństwa, nawet się nad tym nie zastanawiając. Wkrótce zaczął się unosić nad granicą świadomości jak motyl.

Po drugiej stronie granicy znajdowała się przepaść. Czasami odrywał się od krawędzi i krążył nad przepaścią, od widoku której kręciło się w głowie. Lecz nie bał się tamtej ciemności, ani głębi. Dlaczego miałby się bać?

Ten bezdenny mroczny świat, ciężka cisza i chaos od dawna były jego przyjaciółmi, teraz stały się jego częścią. Pan Nakata dobrze o tym wiedział. W tym świecie nie było liter, nie było dni tygodnia, nie było groźnego pana Burmistrza, nie było opery, nie było bmw. Nie było tez nożyczek ani wysokich kapeluszy. Ale jednocześnie nie było węgorzy, słodkich bułeczek.

Tamto miejsce było w s z y s t k i m, lecz nie miało części. A ponieważ nie miało części, nie trzeba było nic tam zmieniać. niczego dodawać ani ujmować. Nie trzeba myśleć o trudnych rzeczach, wystarczy pozwolić ciału przesiąknąć w s z y s t k i m."


Obowiązkowy temat muzyczny na dzisiaj Muchy "Pięć po wpół"...

środa, 24 listopada 2010

Sekret ich oczu

Udało mi się ostatnio obejrzeć bardzo ciekawy argentyńsko-hiszpański dramat/kryminał Juana José Campanella "Sekret ich/jej oczu". Film rozpoczyna się migawką wspomnień głównego bohatera - Benjamina(Ricardo Darin), byłego śledczego sądowego, który po latach pracy w kryminalistyce, nie może się pozbyć wspomnień i wątpliwości, dotyczących gwałtu i morderstwa na młodej dziewczynie. Bohater z perspektywy czasu postanawia na nowo rozliczyć się z przeszłością i odtworzyć każdy najdrobniejszy szczegół tamtego zdarzenia, które pozostawiło w jego pamięci niezagojone rany.

W tym rozliczeniu pomaga mu przyjaciółka i współpracownik Irene(Soledad Villamil), do której czuje ogromny szacunek, ale także przez wiele lat skrywaną (nawet przed sobą samym) miłość. Tych dwoje dojrzałych ludzi spotyka się, by po latach spróbować odbudować nie tylko wspomnienia, ale także dawno uśpione - przez lata i rozczarowanie - uczucia.

Film jest dopracowany na wielu płaszczyznach: poznajemy zabójcę, motywy zbrodni, oraz drugą stronę - pokrzywdzonego (męża zamordowanej dziewczyny), kŧóry przez lata żyje widmem tego zabójstwa...widmem dawnej miłości do ukochanej, a każdego dnia zmaga się z zagadnieniem kary i brakiem przebaczenia. Doskonale poprowadzony wątek kryminalny, który do ostatniej sceny nie daje nam odpowiedzi na pytanie: kto jest zabójcą?

Sylwetki bohaterów są wyraziste i autentyczne, a do tego stajemy się bliskimi obserwatorami emocjonalnych doznań głównego bohatera - nie jest on już tylko "poszukującym prawdy i sprawiedliwości", ale ma swój rzeczywisty, ludzki wymiar. Dzięki temu film staje się autentyczny nie tylko jako kryminał; jego subtelność i próba zrozumienia emocji, wkraczanie głęboko w psychikę bohaterów sprawia, że możemy go zaklasyfikować również jako dramat psychologiczny.
Bardzo, bardzo polecam!

W 2009 r. nagrodzony statuetką Oskara, w kategorii najlepszy film zagraniczny (wygrał z "Białą wstążką" Michaela Haneke).

poniedziałek, 8 listopada 2010

"Bracia" według Jima Sheridana

Całkiem niedawno obejrzałam amerykański dramat w reżyserii Jima Sheridana pt."Bracia", jak się okazuje jest to remake duńskiego filmu Susanne Bier. Oryginału nie oglądałam, więc nie mam porównania na ile amerykańska wersja wypada autentycznie. Z nieufnością podchodzę zawsze do amerykańskiego kina, które moim zdaniem w 90% spłyca podejmowane tematy na koszt obsadzenia uśmiechniętych pseudo gwiazd, które epatują najczęściej dokonaniami chirurgii plastycznej niż aktorskim talentem, a nawet jeśli jest inaczej, autentyczności w ich grze ze świecą szukać...

W podobny sposób podchodzę do aktorów tej marki, co Jake Gyllenhaal, którzy przez producentów filmowych najczęściej są obsadzani w rolach filmowych, jako danie główne dla wygłodniałych nastolatek, i nie ma się co spodziewać, po ich grze zaskakujących emocji, czy niespodziewanego uczucia catharsis...Także już samo przeczytanie obsady zniechęciło mnie do obejrzenia tego filmu, ale z chęci na lżejszą rozrywkę, zdecydowałam się na oglądnięcie tego filmu. Zaskoczył mnie!

Dosyć przyzwoity film, fabuła przewidywalna, ale muszę przyznać, że film mnie wciągnął...oczywiście - nie zafascynował - ale wciągnął. Nie zabrakło w nim jak zwykle przerysowanych motywów patriotycznych, emocje budowane są schematycznie: miłość do ojczyzny, miłość braterska, lojalność wobec rodziny, konflikt ojca z synem, podział na dobrych i złych...

Fabułę filmu rozpoczyna moment, w którym z więzienia wychodzi młodszy brat głównego bohatera Sama(Tobey Maguire) - Tommy (Jake Gyllenhaal).Sam to wzorowy obywatel, walczący na misji w Afganistanie kapitan armii amerykańskiej, wzorowy ojciec, wzorowy mąż (w roli żony Natalie Portman), i wzorowy brat...Jednak kolejny wyjazd na misje zmienia caĸowiecie jego świat, nie tylko w sferze relacji rodzinnych (jego młoda żona zostaje z dwójką dzieci zdana na siebie oraz skonfliktowanych ze sobą teścia i szwagra). On sam z cudem uchodzi z życiem z talibańskiej niewoli, gdzie widzi śmierć swoich podwładnych...sam również w strachu przed śmiercią dokonuje makabrycznych decyzji...Powrót do normalnego świata nie jest prosty.

To co podobało mi się w filmie, to fakt,że nie był aż tak przekolorowany, jak to się zdarza amerykańskim twórcom; jeśli chodzi, o rolę Tobey Maguire'a, to myślę, że o włos otarła się ona o przerysowanie, ale ostatecznie się obroniła. Film mogę polecić, (nie należał do najgorszych, nie było to artystyczne kino, ale muszę przyznać, że dość przyzwoite!:)

foto: www.interia.pl

czwartek, 14 października 2010

pokój 2046


Powracam do Wong Kar Waia..."2046" to mój ulubiony film. Jakkolwiek mam sentyment do wszystkich jego filmów, ten film, uważam za największe arcydzieło, nie tylko w dokonaniach reżysera ale także sztuki filmowej. Artystyczne wykształcenie Wong Kar Waia wpłynęło na niezwykłą plastyczność jego wszystkich filmów, z których 2046 jest prawdziwym majstersztykiem.

Tytułowy pokój 2046, to najdziwniejsze miejsce hotelu; pokój, który zapamiętał wiele tajemnic, pięknych i tragicznych wspomnień o kobietach napotkanych przez głównego bohatera. 2046 to także pociąg, który zabiera w bezpowrotną podróż do przeszłości, do miejsc i ludzi, którzy dawno przeminęli. Poznajemy więc losy kilku kobiet, zupełnie od siebie odmiennych...i najważniejszą w tym filmie - niezwykłą rolę wspomnień, które determinują nasze życie.

Film niezwykle magiczny, z piękną muzyką, nastrojowymi zdjęciami, sztuka najwyższej próby. To film o nieodwracalności czasu, o przemijaniu, o tęsknocie...i potrzebie doświadczania uczuć. Wszystkim polecam.

źródło: www.filmweb.pl