wtorek, 19 stycznia 2010

Mapa twarzy

Nie mogę się doczekać starości.tak!wierzę w to, że starość uczyni mnie piękniejszym człowiekiem. Zupełnie tak, jak 14-latek nie może się doczekać, aż jego zbyt duży nos, usta, zbyt długie ręce i nogi zleją się w jedną harmonijną całość - w dokończoną postać dorosłego człowieka. Nie mogę się doczekać zmarszczek, które pojawiły się, tu i ówdzie, zaburzając gładkość skóry i regularność rysów, ale nadal są tylko nieznacznym śladem ziemskiego bytowania.

Znaki czasu. Zmarszczki - to osobista opowieść o sobie samym. Niezwykła opowieść o wszystkich emocjach, których doznałam w życiu. Gdzie się pojawią nowe? Jak wyrzeźbią moją twarz? Jaki jej nadają wyraz? Czy powiedzą o mnie więcej niż chciałabym o sobie powiedzieć? Chyba myślenie o tym w drugim kwartale życia jest jak najbardziej na miejscu...:)

Notka biograficzna o autorze zdjęcia: Richard Avedon.

piątek, 15 stycznia 2010

Molekuły samotności

Osho mówi, że nigdy nie należy się czuć szczęśliwym, trzeba mieć dystans do wszelkich spraw, do uczuć przede wszystkim.
A ja czytam "Molekuły emocji" Janusza L. Wiśniewskiego - schodzi mi na to kilkadziesiąt minut w przerwach na nic-nie-robienie w pracy (bo mam taki rodzaj pracy, że częściej czekam niż pracuję)...

Jak czytam takie książki (od książek szczególnie jestem emocjonalnie uzależniona - nie dziwię się, że książki w niektórych czasach to była wartość zakazana). To dopada mnie tak zwany "welt-schmertz" (ból istnienia), bo przeczytałam o tym, że ludzie potrafią być nieszczęśliwi, a co gorsze - potrafią swoje nieszczęście latami celebrować. Smutne jest także to, że może to i o mnie...dlatego takie żałosne.

Samotność - to taki nieuleczalny stan świadomości własnej odrębności, jest to uczucie tragiczne, ale i afirmujące zarazem. Jesteśmy tragicznie samotni, ale też cudownie odrębnie niepowtarzalni i nawet nasz smutek jest piękny, kiedy jest czysty, i pozostawiony sam sobie...Tragicznie jest wierzyć, że to wszystko dla nikogo, że nikt się nigdy o tym nie dowie, że nawet nie ma tego miłosiernego Boga, który nam te wszystkie błędy wybaczy (bo byliśmy po ludzku cierpiący, nieszczęśliwi, płaczący, samotni) ...

wtorek, 22 grudnia 2009

OSHO-łomienie

"OSHO (1931-1990) - charyzmatyczny mistrz duchowy pochodzący z Indii. Znakomity mówca swobodnie posługujący się zarówno wschodnimi tradycjami mistycznymi, jak i zachodnią psychoterapią. Wycisnął niezmywalne piętno na naszych czasach. Nie nalezał do grona bezimiennych guru, mistyków i nauczycieli. Nie był ani skromny, ani cichy. Jego nauki, w których odnajdujemy syntezę mądrości wielu filozofów i mistyków, mają ogromną moc przenikania do ludzkiej wyobraźni, a stamtąd do serc."

"Księga dzieci. Nie bój się być sobą" - to lektura obowiązkowa dla rodziców. Osho pokazuje zupełnie nowy model relacji między dzieckiem a rodzicem. Pisze o tym, że w wychowaniu dziecka szczególną uwagę należy zwrócić na umacnianiu w dziecku odwagi do bycia sobą, poczucia buntu wobec tego co jest mu przekazywane, pobudzanie w nim chęci do poszukiwania własnych ścieżek i własnych rozwiązań. Uświadamia również, że dziecko nie jest własnością rodziców, należy mu się wolność oraz przestrzeń do wzrastania i owocowania, należy go uczyć odpowiedzialności za swoje życie, swoje wybory, dając jednocześnie poczucie wiary w możliwości którymi dysponuje.

Przypominają mi się słowa Arnauda Desjardinsa ze wspaniałej książki "Ziarno mądrości", który o wychowaniu dzieci mówi tak:

"Pokazać dziecku to, co jest, i nauczyć je być w świecie - to sekret jego szczęścia. (...)Celem wychowania jest uczynienie ludzi szczęśliwymi. Jeśli są szczęśliwi - udało się , jeśli nie - przegraliśmy. A sekretem szczęścia nie jest posiadanie dużej ilości pieniędzy, bycie sławnym, wykonywanie pasjonującego zawodu, nie jest zadowolenie w sferze uczuć; sekretem szczęścia jest umiejętność życia w świecie, i widzenia świata takim, jaki on jest".


Obie książki to niezwykła lekcja życia i bardziej świadomego funkcjonowania w świecie. "Księga dzieci" to lektura obowiązkowa dla wszystkich tych , którzy czują, że ich dzieciństwo zostało zranione: czy to przez nadopiekuńczość rodziców, czyjąś niedojrzałość, czy ignorancję. Pomaga dostrzec często powtarzane błędy w wychowaniu, i zauważyć własne przeszkody w stawaniu się prawdziwie dorosłym i odpowiedzialnym człowiekiem.
Żeby jednak sięgnąć po tę książę, trzeba się przygotować na duchową rewolucję!

wtorek, 24 listopada 2009

Słodko-gorzkie życie PRL-u

Jestem po lekturze "Słodkiego życia" Ewy Marii Morelle, i jak się okazuje pod tym nic nie mówiącym nazwiskiem kryje się babcia wszystkim znanej skądinąd (!) Frytki. Nie zaskoczyła mnie ta postać zupełnie... tupeciarna Frytka miała na czyim autorytecie wesprzeć swoją niepohamowaną pewność siebie. Ewa Frykowska (babcia) uznawana dzisiaj za ikonę stylu i muzę artystów lat 60-tych, bez najmniejszych skrupułów obnaża kulisy życia artystycznego środowiska warszawskiej i łódzkiej szkoły filmowej, oraz zaprzyjaźnionych z nim znanych i początkujących artystów. Pani Frykowska nie oszczędza nikogo - z niezwykłą szczerością podchodzi również do własnej osoby, co nadaje tej książce wyraz szczególnej autentyczności. Fabuła książki koncentruje się wokół życia towarzyskiego, nieskończonych imprez, romansów, zdrad i skandali, za którymi trudno nadążyć...ale są one niezwykle frapujące - stawiają wielokrotnie w krzywym zwierciadle przywar i słabości niejeden autorytet. Przez liczne anegdoty przewija się wiele znanych postaci, i choć autorka posługuje się pseudonimami - nie trudno odgadnąć kryjące się za nimi nazwiska.

Zabawiłam się w Sherlocka Holmesa i na własny użytek uzupełniłam spis postaci znajdujący się na końcu książki. Dla osób, które chcą wiedzieć o kim pisała autorka.

Baronówna- żona wielkiego Jazzmana, który tworzył muzykę do filmów Napoleona (Zofia Komeda).
Dziennikarz "Kultury"- mężczyzna niemal idealny, później reżyser kultowego filmu (Marek Piwowski).
Inżynier- utalentowany łysy reżyser, który wpędził się w alkoholizm, autor "Żywotu Mateusza" (Witold Leszczyński).
Konus-operator filmowy, mąż aktorki (Poli Raksy) opiewanej w piosence, jeden z licznych kompanów autorki - (Andrzej Kostenko).
Króliczek - śliczna pierwsza żona Napoleona, zmarła na żółtaczkę (Barbara Kwiatkowska).
Kuzynka Napoleona - emigracyjna przyjaciółka autorki, później autorka głośnych wspomnień (Roma Ligocka).
Łysa Aktorka - słynna polska gwiazda, po małżeństwie z amerykańskim dziennikarzem wyjechała do Stanów, pierwsza żona Reżysera Blondyna (Elżbieta Czyżewska).
Marszałkówna - córka marszałka Polski, żona słynnego kulomiota (Władysława Komara) - (Małgorzata Spychalska).
Mąż - piękny i zdolny mężczyzna ze skłonnością do autodestrukcji, jeden z najbliższych towarzyszy Napoleona, tragicznie zamordowany w willi wraz z drugą żoną Napoleona (Wojciech Frykowski).
Mistrz - wielki polski reżyser, nigdy nie zdecydował sie na pracę na Zachodzie (Andrzej Wajda).
Napoleon - wielki polski reżyser małego wzrostu, podbił Hollywood (Roman Polański).
Operator Napoleona - wybitny operator żydowskiego pochodzenia, w 1968 roku zmuszony do emigracji (Jerzy Lipman), za granica Napoleon mu nigdy nie pomógł.
Piosenkarz Cygański - "polski Michael Jackson", bez powodzenia próbował kariery na Zachodzie (Michaj Burano).
Pisarz - charyzmatyczny polski literat, który zdobył sławę w Stanach, przypisywano mu autorstwo "Malowanego ptaka", popełnił samobójstwo (Jerzy Kosiński).
Piwniczanka - dawna gwiazda Piwnicy pod Baranami, znajoma emigracyjnego wątku autorki (Anna Prucnal).
Poetka - późniejsza żona męża autorki, poetycka wielkość z Saskiej Kępy (Agnieszka Osiecka).
Producent - polski Żyd pracujący jako producent w Niemczech, "odkrywca" Napoleona, główny "sponsor" autorki za granicą (Robert Evans).
Reżyser Blondyn - współpracownik Napoleona, reżyserował wiele na Zachodzie (Jerzy Skolimowski).
Scenograf z Krakowa- słynący z nienagannych manier, autor dekoracji w paru arcydziełach kina, zwykle pracował z żoną (Jerzy Skarżyński).
Syberyjska Lala - reżyser o posturze zadowolonego z siebie niedźwiedzia, później zasłynął filmami o sobie samym (Andrzej Kondratiuk-?).

więcej ciekawych informacji na ten temat rodziny Frykowskich można znaleźć tu...

poniedziałek, 2 listopada 2009

Nic śmiesznego!

Adaś Miauczyński z "Nic śmiesznego" Koterskiego to w rzeczywistości ja. Zawsze na wspak. Życie pod górkę. Zawsze takiemu podstawia się nogę...Wszystko co najgorsze, a nawet fantastycznie-groteskowo-niemożliwe przydarza się jemu...- czyli mnie. Trochę przez roztrzepanie - przyznam, ale innym uchodzi bardziej na sucho...mnie-nie!

Najwięcej się można czegoś domyślać, gdy wszystko idzie zbyt dobrze-to z góry podejrzane!-gdy nie tak jak zwykle pędzę w pośpiechu, ganiam na złamanie karku na przystanek, zapominając kilku najistotniejszych rzeczy po drodze, gdy nie jak zwykle autobus przyjeżdża z 20-minutowym opóźnieniem, oblewając kałużą błota - mnie skuloną na 30-centymetrowym chodniku między przystankiem autobusowym a tramwajowym. Gdy nie tak jak zwykle bez drugiego śniadania, biletu, lub choćby złotówki drobnych w kieszeni...siadam od razu z tymi siatami-matrioszkami węzełek w węzełku (bo mam za małą torebkę, żeby to wszystko pomieścić- te śniadania, parasolki, książki do czytania w korku, kostki rubika na brak szefa w pracy etc.) niee

A więc zaczynam od początku: Wstałam dziś programowo - jak nigdy: 5:40 - tyyyle czasu na makijaż! Mąż pozbierał się ładnie o 6:00, i nawet nic nie burcząc, że zajmuję łazienkę pognał do kuchni robić śniadanie...Zdążyłam je zjeść przed jego wyjściem, co oznacza 40 min. dla siebie! Posłałam łóżko i nawet zdążyłam wynieść śmieci. Na dworze - powietrze kryształ, słońce napawa optymizmem i deszcz liści jeszcze zielonych pada z drzew po nocnym przymrozku....a ptaki - jakby z radości podfruwały do nieba, jak strzały wypuszczone z łuku...że chciało mi się wiersze układać w myślach...

W autobusie oczywiście było miejsce dla mnie, i nawet skrawka starowinki w pobliżu...powinno mi to już wtedy zaśmierdzieć...Wysiadam na przystanku kwadrans od miejsca pracy....nawet jakoś miło mimo tego mrozu...Wkraczam do kuchni, herbatkę zaparzam, schodzę na piętro...Drzwi już z korytarza wyglądały obco, zamknięto, nieprzyjaźnie...jakby żadne ludzkie ciepło ich dziś nie oswoiło...Klamka-pac! odskoczyła. Zamknięte!

zapomniałam wczoraj o 22:00 zajrzeć do grafika, czy czasem coś się nie Zmieniło....ale w natłoku pracy...z jednej do drugiej -  jestem Supermenką, co się nie ogląda za siebie...gna na przekór pogodzie, do przodu, do przodu, gdzie tam sen, gdzie odpoczynek...ino zielone...mamona mnie wiedzie. O 8:30 wywiedziona poza nawias społeczny ludzi pracujących - wystaję z książkami pod Biblioteką Miejską...czynna od 9:00 - za wcześnie na wszystko!

niedziela, 11 października 2009

to nie jest kraj dla mądrych ludzi

...napiszę posta kiedy coś mnie naprawdę poruszy!
No i poruszyło. Kolejny raz poruszyła mnie ludzka głupota. Polska to kraj ludzi zakompleksionych...najgorsze, że występuje ono u osób, które zowią się elitą intelektualną tego kraju, ludzi, którzy kształtują opinię publiczną, ludzi młodych...Kompleksy te polegają przede wszystkim na braku dystansu do tego co nas otacza, do tej komercyjnej papki, do etykiet, które rządzą ludzkim postrzeganiem, do wylansowanych wzorców idealnej jednostki, której największym sukcesem bywa pewność siebie. Młodociani idole od piersi matki ledwo odstawieni już mają w sobie wszystko idealne...i co najgorsze wypowiadają swoje życiowe maksymy z większą pewnością niż stuletni mędrcy, co w życiu "z niejednego pieca chleb jedli", albo i nie jedli, bo im życie poskąpiło. Zginął gdzieś po drodze szacunek dla doświadczenia, dla prawdziwego życia...dziś kto łatwiej życie przeszedł cieszy się większym poważaniem, bo jak piosence Lao Che "smród się go nie imał", więc może jak żywy ludzki totem ma szanse przynieść szczęście innym (albo przynajmniej pieniądze, bo dobrze jest w takich zainwestować). To nie jest kraj dla mnie-nie potrafię znieść absurdów rzeczywistości, które w nim panują. Dlaczego ludzie młodzi, inteligentni już tak rzadko kierują się własnym rozsądkiem? Dlaczego rządzą medialni dorobkiewicze, których największym życiowym wysiłkiem jest brak samokrytyki? Jak często niestety tacy ludzie rządzą tym światem, i my - którzy tej wrażliwości mamy w sobie trochę więcej musimy, jeżeli im nie ulegać, to w znacznej mierze od nich zależeć? Parafrazując tytuł filmu braci Cohen - TO NIE JEST KRAJ DLA MĄDRYCH LUDZI! ale chciałabym mieć licencje na zabijanie ludzkiej głupoty, prymitywizmu i polskiej zaściankowości.

wtorek, 15 września 2009

dzień dobry, Kocham Cię - już posmarowałem Tobą chleb!

Życie mnie poddusza, żeby zacząć coś ze sobą robić...Czy ktoś ma pomysł na to jak spełnić swoje pasje nie mając funduszy? Czy to jest dzisiaj w ogóle możliwe?
...Van Gogh jest na to najlepszym dowodem - że można...:(

Oprócz braku pieniędzy doskwiera mi także brak czasu, a niby powinnam mieć go naprawdę dużo...
Jesteśmy pokoleniem trwonienia czasu (telewizja, internet), mamy więcej informacji, jesteśmy bardziej wyedukowani, jeśli mamy czas, to nie mamy go dla siebie. Medialne pasożyty potrafią nam wyszarpać ostatnią jego resztkę.

Na przykład 60 lat temu...co bym robiła dzisiaj? Nawet telewizora bym pewnie nie miała, zajmowałabym się właśnie robieniem przetworów na zimę, wieczorem chodziłabym na potańcówki, w wakacje jeździła na rowerze, grała w gry zespołowe...
Nie, nie - w moim wieku prawdopodobnie bawiłabym już trzecie dziecko.

A dziś? Nie mam stałej pracy, ciągły stres o bliskich, czy nie zemrzą na raka, bo jak tylko zaglądam do lodówki, to mi się odechciewa jeść. Wydaje mi się, że cała populacja wymrze na raka, bo jak powiada znane przysłowie: "Jesteś tym co jesz" - to znaczy, że składam się w 8% z mączki świętojańskiej, w 6% z gumy guar, w 11% askrobianu potasu, w19% syropu glukozowo-fruktozowego, w 21% utwardzonego tłuszczu roślinnego, w 9% regulatorów kwasowości, w 12% z konserwantów, i w 14% z substancji wzbogacających smak i węch. Blee - a gdzie w mieście znaleźć świeży ser? Już chyba nawet na wsi zapomnieli jak on wygląda...:(

No i gdzie tu miejsce na poezję? No to może jakiś mjuzik? Wracam żyć!

poniedziałek, 14 września 2009

jesień

...to dobra pora na poezję (na smutną poezję i tę drażniącą, z kontrą wobec świata), to dobra pora na książkę (przygodową, romans, naukową?!)...

...to dobry czas na marzenia...na to by mieć dużo czasu, dużo czasu między innymi dla siebie (na leżenie w wannie)...

...to dobra pora na spacery po parku, i na wakacyjne wspomnienia...

...to dobra pora na wyjście do lasu, nad jezioro, na dumanie "przy brzegu", na myśli czarnych przywoływanie...

...To dobra pora na wieczorny seans filmowy, na koncert w radiu, i na jazz (na przykład z adaptera)...
...i dobra pora na podwieczorek...na waniliowy budyń z sokiem malinowym, na konfiturę z pigwy, nawet na rumową herbatę. To dobra pora na wspólne ogniska, na samotną jazdę na rowerze, na zapach jabłek w piwnicy i degustacje wina...
To dobra pora na wszystko! Pod jednym warunkiem:
                                                                                      trzeba lubić wiatr...   !!!!!;)

Nie może się tu obyć bez odrobiny retro. "Pożegnania", reż.Wojciech Jerzy Has, 1958. Foto: Jan Saudek.

wtorek, 8 września 2009

boję się

Dziś rano czekając na ponowne zaśnięcie, przy stukocie mytych talerzy dobiegającym zza ściany, wyciągnęłam z pod poduszki mój telefon komórkowy...budzik nieustannie nastawiony na godzinę 5:55, czas kiedy mój mąż wychodzi do pracy...czas kiedy ja wstaję zrobić mu śniadanie - już minął. Położyłam się z powrotem, ale już nie mogłam zasnąć. Zaczęłam leniwie przeglądać smsy w komórce, znowu miga "koperta", że nie ma miejsca na nowe wiadomości, trzeba by coś wyrzucić...najgorsze są te wiadomości internetowe (zajmują dużo miejsca, a trzy czwarte treści to spam). Z miesiąca na miesiąc okrajam je coraz bardziej, ale żal mi wyrzucić kawałek zapisanej w słowach przeszłości...gdyby dało się to gdzieś zmagazynować...do dziś, gdy patrzę na niektóre smsy fala tych samych uczuć co przed laty napływa do mnie, jak wehikuł czasu potrafi przywrócić odległą chwilę.

 ***kajuki***  (13.02.2007, 05:54)
KOCHAM CIĘ I CZEKAM NA WIĘCEJ!!!:)Poranny Kusiol:)

Rozpłakałam się. Kiedy myślę o tamtym czasie to wiem, że nikt tego lepiej nie zobrazuje jak Kawałek Kulki w piosence "Koniec świata".

wtorek, 18 sierpnia 2009

Welcome to Ostróda

Wróciłam właśnie z Festiwalu Reggae w Ostródzie i jestem pełna pozytywnej energii...mimo to jednak były i chwile grozy.
Po całonocnej podróży udało nam się dotrzeć na pole namiotowe o godz. 7:00 rano - niestety organizator w tym wypadku nie sprostał zadaniu, bo po nieprzespanej nocy odbył się biletowy armagedon, który zniechęcił nas zupełnie do uczestniczenia w imprezie - bilety dostaliśmy dopiero o godz. 18:00 wieczorem- i to nie bez uszczerbku na zdrowiu (ktoś źle potraktował moją śledzionę w trakcie przepychania się w kolejkach), nie chciano nas też wpuścić na pole namiotowe gdy zrezygnowani wróciliśmy po przegranej walce o miejsce w kolejce po bilet...:(
Jednak z momentem wejścia na plac koncertowy nasze żale się rozwiały:D Najpierw koncert Vavamuffin, następnie Maleo Reggae Rockers, który na dobre rozkręcił atmosferę imprezy mimo padającego deszczu... kulminacją imprezy był występ jamajskiej grupy Dubtonic Kru, który nastroił mnie pozytywnie na cały czas trwania festiwalu...W całkowity brzmieniowy trans wprawiła mnie jednak grupa Overproof Soundsystem- to była naprawdę uczta wrażeń:)

Doskonale się wyciszyłam, uspokoiłam skołatane emocje w wyśmienitym towarzystwie Żabsonów, Stefana i Zwodzimira:) dawno nie czułam się tak doskonale, naprawdę wypoczęłam przez ten weekend mimo braku ciepłej wody pod prysznicami, nieszczelnych śpiworów i braku herbaty...:) Kojąco wpłynęły na nas również okoliczności przyrody w których mieliśmy okazję egzystować - pole namiotowe rozpostarte wzdłuż jeziora Drwęckiego mieściło się 3 km od placu festiwalowego, ale były też i pozytywne strony takiego stanu rzeczy...Mogliśmy się do woli napatrzeć się na migoczące w pełnym słońcu jezioro, przespacerować wzdłuż promenady i wygrzać się na drewnianych pomostach słuchając muzyki kreowanej przez didżejów (co zdecydowanie wydłużało czas powrotu do namiotu;)

niedziela, 2 sierpnia 2009

miasto spotkań, miasto wrażeń

Całe dwa tygodnie spędziłam w cudownym mieście...w dodatku podczas (IX już) Festiwalu Era Nowe Horyzonty To magiczne miasto to Wrocław. Z "bagażu wrażeń" przywożę zachwyt miejscem, które oczarowało mnie swoją duszą, zahipnotyzowało przestrzenią, eklektyzmem...Z wszystkich pięknych miast Polski chciałabym mieszkać właśnie tutaj.

Co jeszcze kryje mój tobołek wrażeń? Nie chodzi już o filmy (z 30 obejrzanych pozycji nie podobały mi się może tylko dwa): spotkania z twórcami i aktorami, gdzie można doświadczyć poczucia obcowania z żywą kształtującą nas sztuką, z światopoglądem, a nawet prawdziwymi uczuciami twórców, którzy uczą nas patrzeć na wszystko co nas otacza...

...jak gdyby przez szkło powiększające... filmy Tsai Ming-Lianga - tajwańskiego reżysera, którymi jestem zachwycona, a dzięki retrospektywie jego twórczości miałam okazję poznać większość z jego obrazów. Tsai jest trudny (na jednej z tablic festiwalu ktoś zażartował: "-Tsaisz? -Nie Tsaję.") Wiem, że trudno przekonać się do jego sposobu prowadzenia kamery, czy przekazu emocji, ale to chyba nie był przypadek, że projekcje jego filmów były najbardziej oblegane...Sam reżyser zachwyca nie tylko tym, jak opowiada o swojej sztuce, jej znaczeniu, ale także podejściem do życia, do świata, do aktorów, którzy u niego grają (najczęściej wyłowionych przypadkowo na ulicy, czy w kawiarni - pozostają dla niego jak członkowie rodziny, z którymi tworzy bardzo osobiste i nakierowane na twórczy rozwój relacje).

Artystycznie spotkania ENH - reżyserzy w obiektywie...Warto zajrzeć;)
Foto zaczerpnięte ze strony Era Nowe Horyzonty - kadr z filmu "Buntownicy neonowego boga" Tsai Ming-Lianga.

piątek, 17 lipca 2009

daj nam ciszy czarny staw

Wczoraj w mieście Ch. duuużo słońca (jak chyba wszędzie w Polsce), ale w największym miejskim parku jaki znam na środku głównego deptaka wyrosła oooogromna kałuża-jezioro-staw (bo nawet trawa w nim wyglądała jak podmokłe zarośla, którym od zawsze spasował ten klimat)...Urzekająco beztroska kałuża nie miała sobie za złe, że jest tak rozległa, że nie można jej było obejść dookoła... ktokolwiek chciał wejść do parku (czy to staruszek o lasce, czy matka z wózkiem, czy roześmiane stadko koleżanek, czy nawet wybrana na pierwszą schadzkę po parku para), wszyscy byli zmuszeni do zdjęcia butów i przebrnięcia po łydki w stojącej wodzie...

Oj, boskie uczucie...już tak dawno w środku miasta nie szłam na bosaka, i to zupełnie bezkarnie, bo nikt się nie oglądał ze zdziwieniem ( z wiadomych przyczyn) skąd się urwałam...I to uczucie przywołało na myśl zupełnie odległe skojarzenie....przypomniał mi się motyw pawilonu herbacianego z symbolicznym zdjęciem butów u progu, oznaczających zrównanie się wszystkich obecnych. Człowiek bez butów jest nagi, jest całym sobą. Już wiem dlaczego w kulturze Wschodu tak ważny element zajmuje ściąganie obuwia w domu-jesteśmy na łasce gospodarza, oddajemy mu się w opiekę, rezygnujemy z aspiracji i tytułów na rzecz zjednoczenia i więzi.

Więc życzę sobie i wszystkim pozostałym, jak najczęstszych parkowych kałuży, i w sercu też każdemu się przyda taki staw normalności, do którego trzeba wejść boso.

wtorek, 7 lipca 2009

to co stracisz, odzyskasz na nowo

Znowu myśli uporczywie powracające, czynią ze mnie swego niewolnika...Obrałam sobie cel, by pozostać wolną od wszelkich nieracjonalizmów życiowych, ale walczyć jest z tym trudno posiadając tak melancholijną osobowość;) Wolność, to cel najwyższy naszej dojrzałości, wolność od nacisku otoczenia, wolność od konwenansów, schematów...Nie - sztandarowa, rewolucyjna, anarchistyczna...Taka wolność w rezerwie dla siebie samego, by w natłoku życia pozwolić sobie na życie w swoim tempie, na bycie...sobą. Także wolność od błędów, które przynoszą cierpienie nam i otoczeniu. Znowu mój nieracjonalny umysł pędzi do czegoś co boli, co jest bezsensowne, nie ma żadnego prawa istnienia, a jednak powraca, drąży, buntuje do czynienia głupot;)

Coś zupełnie nie na temat, ale na czasie z racji Open'er Festival - 02.07.2009, Gdynia.

środa, 1 lipca 2009

Polowanie na ślimaki

Kilka słów o ostatniej wyprawie na łąkę...500 m od domu;D Krótki zapis fotograficzny. Ślimak na szczęście przeżył, my też mimo uprawiania sportów ekstremalnych dozwolonych do 18 roku życia. Łąka przyjęła nas gościnnie tysiącem koniczyn i stokrotek. Czereśnie nieuprzejmie zielone, nie pomne o jabłonkach;)